Pierwszą część urlopu spędziliśmy u znajomych na południowym wybrzeżu – w Bournemoth i okolicach.
Urocze miejscowości – większość osiedli to niemal identyczne domki, wille, kamieniczki. Mieszkaliśmy w jednej z takich uroczych “willi”, której wnętrze utrzymane było w bardzo, że tak powiem vintagowym klimacie.
Kuchnia cała tonęła w błękitach i w pamiątkach przywiezionych przez właścicielkę z całego świata.
Zauroczyła mnie ta podkładka w wielkie grochy:
Jedna z toalet – cała w tapecie w kwiatki z zasłonką w identyczny deseń:
Urocze lampy i okna z witrażami:
Do tego wszędzie wykładzina
Było bardzo przytulnie i bardzo angielsko – choć jak dla mnie – za dużo wszystkiego trochę.









Na moje szklane oko, to raczej jakaś rudera, a nie willa. Ale jak to mówią, de gustibus non disputandum est…
No trzeba przyznać, że kuchnia od lat nie remontowana i ta “zatepetowana” łazienka też – ale właśnie w tych nieodnowionych pomieszczeniach był taki “klimacik”
Ładnie to tak obgadywać?
Żartuję Byziaku, dobrze znam te angielskie klimaty, to przeładowanie wnętrz manią zbieractwa i ich upobobanie do wszelakich przydasi…dobrze to określiłaś “vintage” totalny i to w złym wydaniu:) A te ich tapety i wykładziny – boskie hehe:)
Cieszę się, że wypoczęliście, choć w taki upał w dwupaku nie łatwo…
Trzymaj się dzielnie, przesyłam “lodowate” pozdrowienia dla ochłody:))
No tapety i wykładziny mnie urzekły – nawet schody pokryte wykładziną dokładnie…
Dziękuję za lodowate pozdrowienia – przydadzą się
oj tak, te angielskie klimaty z wszechogarniającą wykładziną… nawet w łazienkach
Mysle, ze w Anglii jest wiecej wykladziny w lazience niz w Irlandii:)
A slyszalam, ze lekko graciarsko jest teraz modne i zbieractwo tez:)
Ja lubie, ale nie za duzo, jak nie dostaje obledu w oczach to jest ok:) ale angielskie sklepy…mhhh…